czwartek, 6 lutego 2020

REWOLUCJA II

Przed Świętami Bożego Narodzenia (21.12.2019) opublikowałem tekst, który zwięźle i dogłębnie charakteryzuje to, czym jest rewolucja.
Dziś proponuję do wysłuchania rozmowę z Ks. prof. Dariuszem Oko, zatytułowaną "Gender to śmierć", w której mowa jest o rewolucji, jakiej świadkami jesteśmy w naszych czasach.


A tu link poglądowy, jak to wygląda na Zachodzie


poniedziałek, 3 lutego 2020

TYLKO DLA MĘŻCZYZN I ... KANDYDATÓW NA TYCHŻE

Chłopiec staje się mężczyzną przez podejmowanie zadań pozornie ponad jego siły i możliwości, bo tylko tak staje silnym i przerastającym wciąż swoje ograniczenia.

Kiedy się czyta „Przygody Piotrusia Pana” (czy teraz „Piotruś Pan i Wendy”), to ów Piotruś jest zlepkiem marzeń większości chłopców: o nieograniczonej wolności i brawurowej odwadze, o podniecających przygodach i zwycięskich walkach, o nadludzkich możliwościach i spektakularnych popisach, o zdobywaniu, odkrywaniu, porywaniu, uwodzeniu i niekończącej się niedojrzałości w Nibylandii. Nawet powstał film o autorze baśni pt. „Marzyciel”.

Cóż, marzenia były zawsze ważne jako inspiracje, ambicje, zaczątki dążeń i osiągnięć. Gorzej, gdy marzyciel zamykał się w owej Nibylandii, by uciec od prawdziwego życia, nigdy nie stając się ani mężczyzną, ani bohaterem, ani ojcem, ani czyimkolwiek przyjacielem. I ów marzyciel nigdy nie miał większych ku temu możliwości niż teraz.

Można bowiem uciekać od męskości w jej pozory czy… protezy, nawet przez długie lata, nigdy do niej nie dorastając. Od wieków bowiem we wszystkich kulturach chłopiec musiał według różnych rytuałów być poddany przejściu ze świata dzieci i kobiet do świata dorosłych mężczyzn. Niestety, w naszej kulturze tego teraz zabrakło, stąd mamy mnóstwo maminsynków i pętaków, a coraz mniej mężczyzn i ojców.

Na czym tak w wielkim skrócie polegało owo przejście chłopca i wtajemniczenie go w męskość?


1. Na oderwaniu od matki i jej pieleszy

2. Na pójściu za (duchowym) przewodnikiem

3. Na przejściu przez kilka trudnych prób: odosobnienia, upokorzenia, głodu i pragnienia, zagrożenia i walki (upolowanie drapieżnika), przezwyciężenia strachu i bólu, doznania zranienia

4. Na uroczystym pasowaniu-mianowaniu go na wojownika, łowcę, rycerza. Działo się to pod dyskretną opieką mężczyzn z rodziny czy szczepu, ale chłopiec musiał przewalczyć w sobie to, co słabe, tchórzliwe, samolubne, zarozumiałe, niesamodzielne, dziecięce jeszcze…

Po tym wtajemniczeniu już nie wracał do mamy i do dzieci, inaczej się ubierał, co innego już robił i był traktowany jak dorosły. Co teraz w naszej kulturze jest choćby namiastką takiego przejścia? Pójście do gimnazjum? Matura? Stopnie harcerskie? Fala w wojsku, którego już nie ma? Owszem, w kościele są jeszcze jakieś formy tegoż dla ministrantów, bierzmowanych, ale na pewno nie spełnia to swojej roli i nie jest jakimś progiem dojrzałości.

A jednak te odwieczne potrzeby wciąż w chłopcach są - nawet w tych wychowanych na przez same kobiety na maminsynków, pacyfistów i miłośników rzadkich żyjątek. Dlatego, gdy pojawiła się nowa przestrzeń eksploracji i coraz to bardziej perfekcyjnej symulacji poprzez komputer, gry i Internet, mnóstwo chłopców w najrozmaitszym wieku weszło w nią jako poszukiwacze skarbów, odkrywcy, łowcy, wojownicy i zabijaki, gladiatorzy i rycerze, magowie i kapłani, królowie i władcy, zdobywcy szyfrów i twierdz, brawurowi ryzykanci, zwycięzcy, donżuani i casanowy, komandosi i policjanci, demony i zbawiciele etc.

Ale także jako podglądacze, złodziejaszki, psotnicy, kawalarze, złośliwe gnomy, przebierańcy, tchórzliwi pozoranci, nałogowi kłótnicy etc. Wystarczy popatrzeć, jakie przybierają nicki, awatary, jakie przypisują sobie cechy, na ilu forach bywają, ile dziewczyn uwodzą, jaką bronią operują, ile walk i gier wygrywają. Jacy są tam wspaniali, czarujący, nieskrępowani, niezwyciężeni, doskonali… tylko że wciąż w Nibylandii - z podobnymi sobie Piotrusiami Pan(i)ami i Kapitanami Hakami.

Tylko że mimo tak wielu niby-walk, niby-zwycięstw, niby-podbojów, niby-wygranych nikt im nie przyznaje wszem i wobec w realnym świecie tytułu prawdziwego mężczyzny, bohatera, króla, kapłana, ojca, mędrca. I im dłużej i sprawniej poruszają się w komputerowej Nibylandii, tym gorzej im idzie w szkole, w domu, w religii, w obowiązkach, w przyjaźniach, w pracy, w miłości, w ojcostwie, w wychowaniu. Tu są nadal tacy jak owi chłopcy - jeszcze nie oderwani od mam i nie poddani próbom, nie wprowadzeni do świata prawdziwych osiągnięć i zwycięstw.

Co z tego, że tam przez setki godzin walczą i zwyciężają, jeśli tu tchórzliwie uciekają, przegrywają bez walki. Co z tego, że tam ryczą prawie jak lwy na forach, komunikatorach, portalach, jeśli tu nie potrafią rozmawiać, dyskutować, opowiadać dziecku, nauczać, przekonywać. I są wciąż jak Piotruś Pan - coraz bardziej nijacy i smutni, bo jest to kolor niedorastania i niespełnienia. Nie jest się bowiem panem, gdy się "panuje" nad wirtualnymi krainami, ale gdy się panuje nad sobą samym i prawdziwie męskimi wyzwaniami. Ale do tego trzeba przestać być Piotrusiem, a stać się Piotrem jak ten rybak z Ewangelii. Ot, co…

Br. Tadeusz Ruciński

Całość na portalu www.pch24.pl

czwartek, 30 stycznia 2020

ATEIZM - ZWĘŻENIE HORYZONTÓW

Kiedyś w radiowej audycji dla dzieci usłyszałem pytanie: „jaki jest najwyższy wodospad na świecie?”
Pomyślałem – Niagara.
Odpowiedź była inna – Salto Angel, odkryty w 1933 roku.
Potem padło jeszcze inne pytanie: „A jaki był najwyższy wodospad świata, zanim został odkryty Salto Angel?”
Znów pomyślałem – Niagara.
Prawidłowa odpowiedź brzmiała jednak – Salto Angel…
On przecież był, choć nikt jeszcze [przynajmniej w Europie] o nim nie wiedział


Niekiedy można spotkać się z twierdzeniem, że ludzie wierzący – to zaścianek, średniowiecze, że wiara to zabobon czy też wynik braku myślenia, że nie da się udowodnić wiary w sposób naukowy…

A ja ośmielę się postawić tezę zupełnie inną:
ATEIZM – TO ZWĘŻENIE HORYZONTÓW.
[Zanim się ktoś poczuje obrażony, pragnę przypomnieć opinię, wg której inteligentni ludzie się nie obrażają…]

Skąd takie twierdzenie?


Już spieszę z uzasadnieniem.

Cóż to takiego ateizm?
Ateizm – to przekonanie, że Boga nie ma; albo bardziej założenie, niż przekonanie.
Agnostycyzm natomiast – to założenie, że Boga [czy w ogóle prawdy] nie da się poznać, więc nie ma sensu się tym zajmować.

Jeśli więc ktoś z góry zakłada, że Boga nie ma, albo że nie da się Go poznać [na przykład metodami naukowymi], to sam ogranicza sobie przestrzeń poznania, czyli zawęża horyzonty poznania.

Do każdego przedmiotu poznania należy zastosować właściwą metodę i właściwe narzędzia.

Do poznania temperatury stosujemy termometr, a nie okulary.
Do poznania dźwięków stosujemy ucho, a nie węch.
Do poznania kosmosu stosujemy teleskop a nie mikroskop elektronowy.
Do poznania literatury potrzebne jest czytanie ze zrozumieniem i znajomość figur stylistycznych i gatunków literackich.
Do poznania, zrozumienia historii potrzebna jest znajomość procesów społecznych i zależności między ludźmi i społeczeństwami danej epoki.

Do poznania Boga, otwarcia się na Niego,
potrzebna jest zgoda na istnienie niewidzialnego / NIEWIDZIALNEGO… 
i gotowość przyjęcia Jego planu dla człowieka.


poniedziałek, 27 stycznia 2020

NADCIĄGA BURZA...

Kunszt i artyzm można wykazać na różny sposób...
To wykonanie fragmentu Koncertu "Cztery pory roku" jest mistrzowskie


poniedziałek, 20 stycznia 2020

PRAWDA POZOSTAJE PRAWDĄ, NAWET WTEDY, GDY WSZYSCY BŁĄDZĄ

Znalazłem na stronie pch24 mądry tekst - bajkę o pewnym mieście.
Zachęcam do przeczytania

----------------------------------------------------------------------
Czy jest coś takiego, jak „zbiorowe sumienie”? Bo zbiorowe potępienie grozi zwykle każdemu, kto chce wystąpić z jednogłośnego chóru i zaśpiewać własną pieśń własnym głosem. Po takim potępieniu tego kogoś następuje zwykle zbiorowe samousprawiedliwienie i samorozgrzeszenie. Po nich – głośne zbiorowe samoupewnianie się, że większość musi mieć rację, nawet, gdy się... myli.
*
Marshall McLuhan opisywał kiedyś zjawisko „nakazu wzmożonego udziału i interaktywnego zaangażowania, który może się obrócić nawet w obłęd, w ekstatyczne współuczestnictwo”. Coś z tego pobrzmiewa w tej baśni.
*
„Diabeł nie śpi” – mówi przysłowie mądre i jakoś przegapiane. A czemu nie śpi? Bo sen spędza mu z jego czujnych ślepiów każde dobro, które gdzieś się dzieje i to, że temu dobru dobrze się dzieje. A nie powinno tak być – jego zdaniem – bo ziemia nie jest rajem.

Tak działo się w pewnym mieście, którego głową, sercem i sumieniem, był mądry i dobry burmistrz, ze swym radcą. Takich spotyka się wśród rządzących nader rzadko, tym większym więc byli oni skarbem dla miasta, gdzie w poszanowaniu była sprawiedliwość, uczciwość i rozwaga.

Widać było wyraźnie, że ludzie używali swoich sumień, bo przykład szedł z góry. A diabeł woli zawsze sumienia chore na śpiączkę, więc zwołał sabat swoich wiedźm i nakazał im skończyć tam z tym rajem na ziemi, co trwał już tam zbyt długo. Wiedźmy poprzebierały się za żebraczki i nocą nasypały do miejskich studni ziela – szalejem zwanego. Ludzie pijąc tę wodę, jakby rozum zaczęli tracić. Zło zaczęli nazywać dobrem, brzydotę – pięknem, podłość – cnotą, chorobę – zdrowiem, zwierzęcość – człowieczeństwem... Ba, zaczęli nawet tęsknić za piekłem, a lękać się nieba.


Jednak nikt tego nie dostrzegał, bo każdy pił tę samą zatrutą szalejem wodę. Jedynie burmistrz ze swym radcą pili wodę ze studni ukrytej w podziemiach kościoła. Poruszeni narastającym, zbiorowym obłędem, jak prorocy nawoływali wszystkich do opamiętania.

Wtedy mieszkańcy miasta zebrali się na głównym placu między kościołem i ratuszem, i ktoś ich przekonał, że burmistrz i radca oszaleli, więc trzeba ich albo pozbawić władzy, albo wypędzić lub zabić. Wtedy jedna z wiedźm podała się za wróżkę, druga za wyrocznię, trzecia za uzdrowicielkę. Namówiły tłum, by zmusił tamtych do napicia się tej wody, którą pili wszyscy. Kiedy to zrobiono, w przekonaniu, że przywrócono im zdrowie, zaczęły się coraz dziksze tańce i pijatyka. I nikt już nie zauważał tego zbiorowego szaleństwa, bo tym samym szalejem wszyscy byli upojeni, tak jak chciały wiedźmy i ich pan cierpiący na straszną bezsenność.

Burmistrz z radcą wieczorem jednak otrzeźwieli i uciekli w pobliskie góry. Każdej nocy jednak zakradali się do miasta i zabierali stamtąd dzieci, by poić je wodą z górskich źródeł. Za dziećmi powędrowały niektóre matki i ojcowie... Kiedy po wielu tygodniach wrócili do miasta, zastali tylko ruiny i rozplenione szczury.
*
Zdaniem pewnego poety od takiego obłędu ustrzec może usłyszenie głosu tych, co wołają wtedy: „Ludzie, co robicie?! Co my wyprawiamy?!”

I to jest głos sumienia, głos Boga, który raczej rzadko bywa głosem ludu, głosem większości i zbiorowego, hałaśliwego mniemania.

Br. Tadeusz Ruciński FSC

----------------------------------------------------------------------

Artykuł Br. Tadeusza Rucińskiego FSC: Czy jest coś takiego, jak „zbiorowe sumienie”?znajduje się tutaj


czwartek, 16 stycznia 2020

REFLEKSJA NA DZIEŃ JUDAIZMU

Z okazji obchodzonego w dniu 17 stycznia Dnia Judaizmu, zapraszam do lektury artykułu, który opublikowany został na portalu pch24.pl i nosi tytuł: "Judeochrześcijaństwo: co oznacza to słowo? Czy w ogóle coś znaczy?"

----------------------------------
Judeochrześcijaństwo. Słowo to przebojem wdarło się na polityczne salony, łamy prestiżowych pism. Używają go złotouści politycy i ludzie pióra czy ekranu. Często posługują się nim amerykańscy neokonserwatyści i zapatrzona w nich część Polaków. Moda i zgodność z rzeczywistością to jednak dwie różne rzeczy. Okazuje się, że „judeochrześcijaństwo” po prostu nie istnieje – ani w sensie teologicznym, ani cywilizacyjnym.

 Sokrates wiedział, że kluczem do poznania prawdy o świecie jest poznanie definicji rzeczy. Mądrego słuchać warto, zacznijmy więc od definicji:

Chrześcijaństwo wymaga uznania Chrystusa za Boga i Trójcy Świętej.

Mozaizm to religia objawiona wyznawana przez Izraelitów w czasach przed przyjściem Chrystusa.

Judaizm to religia żydów, którzy nie uznali Bóstwa Chrystusa, Trójcy Świętej ani Nowego Testamentu.  Ograniczają się do Starego Testamentu i dołożyli do niego pisma takie jak Talmud.

 Przy tak zdefiniowanych pojęciach jasno widać, że pojęcie „judeochrześcijaństwo” jest wątpliwe, o ile nie wewnętrznie sprzeczne. Judaizm nie aprobuje bowiem istoty chrześcijaństwa (Bóstwa Chrystusa, Trójcy Świętej); odrzuca też święte pismo chrześcijan (Nowy Testament). Różnice nie dotyczą tu cech drugorzędnych, akcydentalnych, lecz kwestii kluczowych, istotnych, najważniejszych, wyróżniających daną religię.


Teologiczne różnice

Zbadanie relacji judaizmu i chrześcijaństwa to niełatwa sprawa. Wymaga lat studiów, poznania przedstawicieli drugiej strony, dogłębnych badań historycznych. Może wręcz poświęcenia całego życia poznaniu tej kwestii. To właśnie uczynił ksiądz profesor Waldemar Chrostowski.

Jak zauważył ów naukowiec, religia żydowska w czasach Starego Testamentu opierała się na ofiarach składanych przez kapłanów z pokolenia Lewiego [YouTube/Sumienie Narodu]. Sytuacja zmieniła się jednak po zburzeniu świątyni w Jerozolimie przez Rzymian w 70. roku po Chrystusie. Wraz ze świątynią skończyły się ofiary, a składających je kapłanów zastąpili rabini. Miejscem zgromadzeń stały się synagogi – funkcjonujące już wcześniej, lecz teraz podniesione do kluczowej roli. W roku 220 powstał istotny dla de facto nowo powstającej religii tekst – Miszna. Nie zawierał on cytatów z Pisma Świętego – twierdzi uczony. Wywołało to zarzuty chrześcijan, co z kolei skłoniło judaistów do zwiększenia roli Pisma Świętego. Niemniej sami rabini nie uznają swej religii za wywodzącą się z Pisma Świętego – twierdzi ksiądz profesor Chrostowski. Duchowny podkreśla też, że w źródłowych tekstach rabinicznych obraz Pana Jezusa, Maryi i chrześcijaństwa jest bardzo negatywny.

Dialog chrześcijańsko-żydowski w większości przypadków obejmuje jednak kwestie poza-teologiczne. Zazwyczaj bowiem rabini nie chcą rozmawiać o wierze, nie chcą podejmować debaty o Jezusie Chrystusie. Tymczasem słowa Jana Pawła II z 13 kwietnia 1986 roku brzmią „jesteście naszymi braćmi umiłowanymi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Jednak w polskim tłumaczeniu pominęto słowa „w pewien sposób” – zauważa ksiądz Chrostowski. W tej właśnie wersji wielokrotnie je powielano i powiela po dzień dzisiejszy.

W tym świetle trudno nie zgodzić się ze słowami księdza profesora Tadeusza Guza. – Dlatego ośmielam się powiedzieć, że niedozwolone jest w ustach prawdziwego katolika łączenie tych pojęć i mówienie o judeochrześcijaństwie. Wtedy Chrystus nie byłby dla takich katolików pełnią Objawienia, pełnią Prawa Starego i Nowego Przymierza, pełnią Prawdy Objawionej w Starym i Nowym Przymierzu, pełnią Miłości Starego i Nowego Przymierza. Tylko wiara katolicka nie jest pochodzenia ludzkiego. I tylko religia katolicka nie pochodzi od ludzi – podkreślił duchowny w styczniu 2019 roku w wykładzie na zaproszenie „Pobudki”.

Chodzi o cywilizację?

Ale może judeochrześcijaństwo to po prostu termin określający pewną wspólną moralność podzielaną przez chrześcijan i żydów? Chodziłoby więc nie tyle o teologię, ile o cywilizację. Cóż, zarówno żydzi, jak i chrześcijanie uznają świat za dobry, a człowieka za wyższego od przyrody. Szanują też rodzinę. Na to zwrócił uwagę Tomasz Terlikowski „w sposób oczywisty termin tradycja judeochrześcijańska nie odnosi się jednak do tych wspólnot. Ale pewnej wspólnoty ideowej, przedteologicznej, którą łączy judaizm i chrześcijaństwo. Określić ją można odwołaniem się do tej samej matrycy antropologicznej pochodzącej z księgi Rodzaju”.

piątek, 27 grudnia 2019

SZOPKA BOŻONARODZENIOWA W KOŚCIELE W OCIĄŻU

A oto świąteczna dekoracja w Kościele Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Ociążu

Szopka na tle Ołtarza głównego:

Zbliżenie:

Po krótkiej zabawie z programem GIMP:





Mnie osobiście najbardziej podobają się dwa ostatnie

sobota, 21 grudnia 2019

REWOLUCJA

Czasem słowa potrafią przekazać w zwięzły sposób bardzo trudne i skomplikowane sprawy...
Niedawno trafiłem na takie własnie sformułowanie odnoszące się do zagadnienia rewolucji. I nie chodzi tu o tą czy inną rewolucję: francuską, z 1905 czy 1917 roku. Chodzi o to czym jest rewolucja w swej istocie.
Autor tych słów odnosi się do pewnych wydarzeń historycznych, ale opis ten można zastosować do każdej rewolucji.
Z tego grona wyłączyłbym jednak zjawiska, do których słowo "rewolucja" odnosi się w sposób analogiczny, jak na przykład rewolucja przemysłowa, czy inne odnoszące się bardziej do rozwoju gospodarki, czy technologii, choć i one przecież mogą posłużyć do odwrócenia porządku rzeczy.

Oto te słowa:

„Jeżeli zrywając jej maskę, zapytasz [Rewolucję]: Kim jesteś? ona ci odpowie: nie jestem tym, czym sądzi się, iż jestem. Wielu ludzi mówi o mnie, ale nie wielu mnie zna.
Nie jestem ani karbonaryzmem, ani zamieszkami, ani zmianą monarchii w republikę, ani zastąpieniem jednej dynastii inną, ani też tymczasowym zburzeniem porządku publicznego. Nie jestem rykiem jakobinów, ani szałem la Montagne, ani walką barykad, ani grabieniem, ani podpalaniem, ani prawem agrarnym, ani gilotyną ani topieniem. Nie jestem Maratem, ani Robespierr’em, ani Babeuf’em, Mazzini’m czy Kossuth’em. Ci ludzie to moi synowie, [ale] to nie Ja. Te rzeczy to moje dzieła, to nie Ja. Ci ludzie i te rzeczy to fakty przemijające, a 
Ja jestem stanem trwałym. Ja jestem nienawiścią wobec wszelkiego porządku, którego człowiek nie ustanowił, i którego nie jest królem i bogiem jednocześnie. Jestem proklamacją praw człowieka, która nie dba o prawa Boga. Jestem podstawą religijnego i społecznego państwa w oparciu o wolę człowieka, a nie o wolę Boga. Ja jestem zdetronizowanym Bogiem i człowiekiem na Jego miejsce. Dlatego noszę miano Rewolucja, to jest zburzenie…” (Bp. Gaume, „La Revolution Recherches historiques”, Lille.)