środa, 31 stycznia 2018

CZYJE SĄ TE OBOZY KONCENTRACYJNE?

Trwa burza związana z nowelizacją Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej.
Chodzi m.in. o możliwość pociągania do odpowiedzialnosci tych, którzy fałszując historię, umieszczają Polaków z czasów II Wojnyy Światowej w szeregach kolaborantów z niemieckimi nazistami.

Ciekawy głos w dyskusji na ten temat prezentuje Wojciech Sumliński, którego słowa przytaczam poniżej:


---------------------------

Żydowskie obozy koncentracyjne – Wojciech Sumliński

Nawet w sytuacji, w której moja wyobraźnia wyrabiałaby nadgodziny, nie byłbym w stanie wyobrazić sobie skowytu, jaki rozległby się od Tel Awiwu po Nowy Jork, gdyby ambasador polski w Izraelu zażądał od izraelskiego rządu, by ten wycofał ustawę o karaniu kłamców negujących Holokaust. Dlaczego zatem wczorajsza informacja o tym, że polski Sejm przyjął ustawę o Instytucie Pamięci Narodowym zawierającą zapisy o ściganiu karnym za oczywiste kłamstwa o rzekomych „polskich obozach śmierci”, wywołała w Izraelu aż takie wrzenie, że aż pani ambasador tego państwa pozwoliła sobie, w imieniu władz swojego kraju, na zanegowanie wprowadzonego przez inne suwerenne państwo oczywistego zapisu oraz na poinformowanie opinii publicznej, iż „rząd Izraela odrzuca tę nowelizację”? Dlaczego zapis broniący oczywistej prawdy, wywołał w Izraelu wściekłość, której wyrazem, są m.in. słowa Yaira Lapida, byłego ministra finansów tego kraju i obecnego posła izraelskiego parlamentu, o tym, że „istniały polskie obozy śmierci i żadne prawo nigdy tego nie zmieni”? Dlaczego Izrael, przyjazny – podobno – Polsce kraj stawia na szali dobre – podobno – stosunki, walcząc z prawdą i utrwalając łgarstwa? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Dużo pytań – mało odpowiedzi.

Spróbujmy je zatem odnaleźć.

Jako dziennikarz śledczy, staram trzymać się faktów, które jak wiadomo, nie wymagają interpretacji, bo po prostu są jakie są. A jakie mamy fakty w tej sprawie? Sięgnijmy do niedawnej historii, by przypomnieć rzeczy, wydawałoby się, oczywiste.

Odrzucając jednoznacznie umizgi Hitlera i w przeciwieństwie do wielu innych państw europejskich (Włochów, Austriaków, Słowaków, Rumunów, Bułgarów, Węgrów, Hiszpanów, Finów i przez dwa pierwsze lata wojny także Rosjan) od pierwszego do ostatniego dnia II wojny światowej Polska była po właściwej stronie, przeciwstawiając się Niemcom i barbarzyńskiej ideologii nazistów – to fakt. Za wierność ideałom, walkę z Niemcami na wszystkich frontach II wojny światowej i twardy opór wyrażający się z jednej strony w braku jakichkolwiek form zorganizowanej na szczeblu państwowym kolaboracji (w przeciwieństwie np. do Francuzów czy Norwegów), z drugiej zaś w utworzeniu największej podziemnej armii w okupowanej Europie, w Powstaniu Warszawskim i w pomaganiu mordowanym przez Niemców Żydom, zapłaciliśmy straszną cenę: wielką daninę krwi oraz strat materialnych i terytorialnych, nieporównywalną z żadnym innym krajem – to także fakt. Po wygranej wojnie zostaliśmy zdradzeni przez wszystkich i sprzedani w Jałcie kolejnym, tym razem sowieckim, okupantom, czego skutki odczuwamy po dziś dzień – to kolejny fakt. Pomimo wszystkich tych faktów, ktoś (kto?) zadał sobie wiele trudu i mocno pracował nad tym, by przypięto nam łatkę sojuszników Hitlera, podłych „nazistów” współodpowiedzialnych za holokaust Żydów, twórców „polskich obozów koncentracyjnych”, i czy nam się to podoba czy nie, taki wizerunek mamy dziś w świecie (kto nie wierzy, niechaj obejrzy film Violetty Kardynał „Do góry nogami” o postrzeganiu „nazistów” przez młodzież amerykańską i kanadyjską) – to także fakt. Podjęta właśnie przez polski Sejm próba zablokowania czy choćby ograniczenia szerzenia tych kłamstw oraz walki o prawdę spotkała się z ostrym protestem oraz negacją oficjeli i autorytetów z Izraela – to najnowszy i ostatni już fakt.

O co zatem chodzi?

Odpowiedź nie jest łatwa, ale paradoksalnie jest prosta – wystarczy tylko, jak w dziennikarstwie śledczym, połączyć kropeczki. Przez wszystkie te lata szerzenia łgarstw o rzekomych „polskich obozach koncentracyjnych” – głównie w Stanach Zjednoczonych i Niemczech, ale nie tylko – nie słyszałem nigdy o choćby pisku sprzeciwu ze strony izraelskich ambasadorów w tych państwach, oficjeli czy przedstawicieli kół rządowych Izraela, tak przecież wyczulonych na wszystko, co dotyczy Holokaustu, przeciwko tak jawnemu łgarstwu. Z tamtej strony zatem istniało co najmniej przyzwolenie na fałszowanie rzeczywistości i szerzenie kłamstw. Czy jednak „tylko” przyzwolenie? Furia, którą w pewnych kołach w Izraelu wywołała ustawa polskiego Sejmu o karaniu za kłamstwa o rzekomych „polskich obozach śmierci” spowodowała, że maski właśnie spadły i jaśniej widać dziś to, co do niedawna było zakryte – że mogło to być coś znacznie więcej, niż „tylko” przyzwolenie na kłamstwa i że powielanie tych oczywistych łgarstw było po prostu Żydom na rękę. Być może dlatego, że skuteczne – a przynajmniej bardziej skuteczne niż dotąd – zwalczanie kłamstw o Polakach, jako współsprawcach „nazistowskich zbrodni” (o niemieckich zbrodniach nie ma na świecie w ogóle mowy), a zamiast tego pokazywanie polskiego wkładu w walkę z „nazistami” i potwornej ceny, jaką za tę walkę ponieśliśmy, stanowi zagrożenie dla „monopolu” cierpień Żydów, ofiar Holokaustu? A może dlatego, że zablokowanie kłamstw i odkrycie przed światem oczywistej dla nas prawdy, mogłoby zaburzyć funkcjonowanie świetnie funkcjonującej maszynerii „przedsiębiorstwa Holokaust”, które właśnie, przy pomocy senatu USA, weszło w decydujący etap walki o zapłatę przez Polskę (w takiej czy innej formie) 65 miliardów dolarów, które w ramach roszczeń miałyby przypaść żydowskim organizacjom zajmujących się edukacją na temat holokaustu? Niewykluczone zresztą, że może chodzić tak o jedno, jak i o drugie. Tak jednak czy inaczej – zapomnijmy o polsko – izraelskiej przyjaźni, bo choćbyśmy nie wiem, jak bardzo zaklinali rzeczywistość, to przecież gołym okiem widać, że nie ma tu żadnej przyjaźni, a jeśli już, to taka, o jakiej pisał Winston Churchil, premier Wielkiej Brytanii: jeśli mam takich przyjaciół, to nie potrzebuję już wrogów.

Fakty są jakie są i, niestety, pokazują, że po tamtej stronie są tylko zimne interesy I dodam – brudne interesy, oparte na zwalczaniu prawdy i szerzeniu kłamstw. Co w tej sytuacji robić? Nieprawdą jest, że nie ma dobrego wyjścia, jak zdążyli już obwieścić siedzący okrakiem na barykadzie niektórzy publicyści. Najlepszą i jedyną drogą na wyjście z tej patowej sytuacji jest, jak zawsze, droga prawdy. Dokładnie tak, jak uczył święty naszych czasów, ksiądz Jerzy Popiełuszko: „jesteście w mroku, we mgle i nie wiecie, w którą pójść stronę? Idźcie drogą prawdy, a wszystko stanie się proste”. Były polskie obozy koncentracyjne czy nie były? Byliśmy narodem nazistów czy nie byliśmy? Jesteśmy po stronie katów czy ofiar? Wszyscy Polacy znają odpowiedzi na te pytania – ale nie zna ich świat. Mówienie o „polskich obozach koncentracyjnych” – „bo przecież były ulokowane w Polsce”, jak tłumaczą obrońcy tego terminu – jest równie absurdalne, jak mówienie na przykład o „żydowskich obozach koncentracyjnych”, bo przecież w większości byli zamykani w nich Żydzi. Można użyć nazewnictwa sięgającego do geografii – dlaczego nie można do statystyki? Rzeczywistość można relatywizować na wiele sposobów, ale to droga donikąd. Dlatego jedyną droga, która ma szansę zatrzymać to szaleństwo, jest droga prawdy. Kropka. I dlatego od polskich władz i od polskiego rządu oczekuję, iż bez względu na wszystko, bez względu na naciski z takiej czy innej strony, nie zatrzyma się wpół drogi i będzie twardo egzekwować wprowadzone właśnie prawo, i to w stosunku do absolutnie każdego, kto śmie mówić o „polskich obozach śmierci”. A jeżeli to oznacza nadwątlenie relacji z niektórymi państwami? Trudno. Być może taka jest cena walki o prawdę. I oby była to ostatnia walka o prawdę w tej najbardziej oczywistej z oczywistych, sprawie.

Wojciech Sumliński

---------------------------

środa, 24 stycznia 2018

POKOLENIA LAMENTUJĄCYCH DZIECI

Autor
ks. Tomasz Horak


Ile to ja mam podobnych przypadków w mojej malutkiej teraz parafii? Pewnie kilkanaście, a na pewno kilkakrotnie więcej niż ślubów w minionych latach. Bo są pary, ale małżeństw nie ma.

Lament słychać było nad całą okolicą. Mała, siedmioletnia Beatka szła do domu. Letni wieczór, mama w pracy w miejscowym barze, tata - nie wiadomo gdzie. Łzy spływały po ślicznej buzi... Żal dziecka. Co na to można poradzić było? Jakichś dziesięć lat później z okna samochodu widziałem Beatkę, jak z chłopakiem szła tą samą drogą. Z sympatią patrzyłem na dwoje młodych, zakochanych, trzymających się za ręce. Przystanęli, popatrzyli sobie w oczy, przelotny pocałunek. Sama radość, a może i szczęście? Z sympatią patrzyłem, ale z nutą sceptycyzmu - czy będą potrafili mądrze pokierować sobą i łączącym ich uczuciem?

Kolęda przed kilku dniami. Jest Beatka z malutką, kilkomiesięczną córeczką, jest mama - teraz już babcia. Pytam: "A gdzie Marek?". Odpowiedzią było speszone spuszczenie oczu. Indaguję dalej: "Jesteście razem?". "Tak, jesteśmy". "Ale go nie ma, jest w pracy?". "Nie, mieszka u mamy, odwiedza, tak na godzinę, dwie...". "Chcesz coś opowiedzieć?". "Wszystko było dobrze, ale jak tylko mała się urodziła, to się Marek zmienił. Całkiem. Teraz to ja już nic nie wiem- czy zdecydować się na ślub, czy to nic z tego nie będzie".

Cisnęło się na usta: "A mówiłem?". Powiedziałem tylko, że to klasyczny przykład, jak z podręcznika psychologii. Chłopak był zakochany w tobie i póki miał cię tylko dla siebie, to było cacy. Dziecko nie urodziło się z miłości, tylko weszło pomiędzy was. Może Marek dojrzeje. Ale kto to teraz wie? "To ksiądz wiedział, że tak będzie?". Wiedziałem. Ale żadna para nie chce tego przyjąć do wiadomości.

Ile to ja mam podobnych przypadków w mojej malutkiej teraz parafii? Pewnie kilkanaście, a na pewno kilkakrotnie więcej niż ślubów w minionych latach. Bo są pary, ale małżeństw nie ma. Następne dzieci będą głośno lamentować, wracając do pustoszejącego mieszkania. Bo przecież nie domu. A może nie będą lamentować, bo im do głowy nie przyjdzie, że dom może wyglądać inaczej. Problem już nie jednego czy drugiego dziecka, które jest zawadą dla niedojrzałych rodziców. To problem społeczeństwa, które przestaje być społeczeństwem, bo jego żywotna tkanka - czyli rodzina - obumiera. Czas ogłosić narodowy lament. Byle na tym nie skończyć. Potrzebna wielka praca nad rodziną. A tymczasem siły przeciwne nie próżnują, pieniędzy i środków na swoją destrukcyjną propagandę nie żałują. Jak to mówił Jezus? "Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości".

Tłumaczyć Beatce cokolwiek, gdy miała już 15-16 lat, było za późno. Trzeba było wtedy, gdy wracała do pustego mieszkania, zanosząc się głośnym płaczem. Bo potem nauczyła się swój płacz chować dla siebie. Jakiś czas potem płacz zamieniła na chwilę upragnionego szczęścia. Płytkiego szczęścia. Co można było zrobić, słysząc płacz dziecka? Kto to miał zrobić? Nie zrobiłem niczego - oprócz schematów katechezy, przygotowania do Pierwszej Komunii, do bierzmowania. Co miałem zrobić? Może szkoła? Może wiejska świetlica? Może jacyś nieobecni w naszych środowiskach animatorzy? Bo nauki przedślubne to już tylko uwieńczenie decyzji, a nie wspieranie w rozwoju młodego człowieka.

Obawiam się zresztą, że nowe programy przygotowania do małżeństwa coś źle zadziałały. Kilka razy ostatnio miałem telefony z pytaniem, gdzie można "załapać się" na nauki przedślubne. Nie wiem, jak to działa. Ograniczona liczba miejsc? Prawie tak, jak z operacją zaćmy? Trzeba czekać? Może te pytania wynikają z niedoinformowania nawet duszpasterzy? Pewnie potrzebny jakiś monitoring działania tych programów. Może rewizja ich założeń?

A na pewno potrzebniejsza animująca obecność chrześcijan w różnych obszarach kultury. Film, telewizja, piosenka, kolorowanka dla malców. Byle nie w wersji słodko-pobożnościowej. Potrzebna obecność w duszy systemu oświaty i wychowania. Dyskretna a wytrwała. No i pieniądze potrzebne. W programy inwestycyjne (mam na myśli remontowe, budowlane, konserwatorskie, wyposażeniowe) wkładamy wiele. Rozrasta się tkanka zewnętrzności. Duch nie może się przez to przebić.

A kolejne pokolenia małych, lamentujących dzieci, wracają do pustych mieszkań. Bo domów nie mają.

Źródło:


poniedziałek, 22 stycznia 2018

POWSTANIE STYCZNIOWE - KLĘSKA CZY SUKCES?

22 stycznia 1863 r. Tymczasowy Rząd Narodowy ogłosił manifest o rozpoczęciu powstania narodowego przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Bezpośrednią przyczyną wybuchu walk była zarządzona przez Aleksandra Wielopolskiego 155 lat temu „branka” czyli przymusowe wcielenie wybranych młodych mężczyzn z terenu Królestwa Kongresowego do armii rosyjskiej. Miało to zapobiec coraz powszechniejszej antyrosyjskiej konspiracji. 

Branka stała się iskrą powodującą rozpoczęcie walk wojsk powstańczych, jednak nieuzbrojone i nieprzygotowane oddziały poniosły szereg porażek, co postawiło całą insurekcję w niekorzystnym strategicznie położeniu. To oraz nieporozumienia w kierownictwie politycznym powstania, doprowadziło do jego ostatecznej klęski. 

Taki – w skrócie - obraz Powstania Styczniowego wpajano uczniom polskich szkół w czasie PRL, tak też jest ono postrzegane dzisiaj.

Tymczasem wybuch walk, choć faktycznie przyspieszony „branką”, był tylko finalnym akcentem procesów, które rozpoczęły się wcześniej. A epilog, choć tragiczny, przyniósł w dłuższej perspektywie korzystne skutki. 

Zapraszam do lektury interesującego artykułu na temat Powstania Styczniowego.






środa, 10 stycznia 2018

OBJAWIENIE PAŃSKIE, ORSZAK TRZECH KRÓLI I OKOLICE

Udostępniam interesującą refleksję na temat Tajemnicy Objawienia Pańskiego i coraz liczniejszych "Orszaków Trzech Króli"
Warto przemyśleć.
Poniżej fragment

----------------------------------------------
„Czy to dziwnie”, mówi Robert H. Benson, „że świat uważa zarówno wiarę, jak i rozum Kościoła, za zbyt skrajne? Albowiem wiara Kościoła wyrasta z jego Boskości, a rozum – z jego człowieczeństwa. A taki potok Boskości i takie wymowne człowieczeństwo, taka wspaniała ufność w Objawienie Boga i taka niestrudzona praca nad zawartością tego Objawienia są zupełnie niewyobrażalne dla świata, który w rzeczywistości obawia się zarówno wiary, jak i rozumu”. Czego pouczającą próbkę, dodajmy, okraszoną wieloma atrakcjami, migającymi gwiazdami, skocznymi melodiami i wielbłądami, mieliśmy 6 stycznia na ulicach wielu polskich miast. Obawa, dodajmy, jest w pełni uzasadniona. Wiara jest potęgą, która jeszcze spaja ten świat. Jeżeli ktoś uważa, że obecność wiary na ziemi jest obojętne dla istnienia świata, jest w błędzie.
Mędrcy, zwani też Magami, czyli Uczeni, którzy studiowali prawa przyrody, dzięki mądrości, wiedzy, umiejętności obserwowania zjawisk astronomicznych dochodzą do wniosku, że we wszechświecie, w przyrodzie wydarzyło się coś absolutnie niezwykłego. Zawieszone zostały jej prawa (coś podobnego wydarzyło się także sto lat temu w Fatimie: Cud Słońca). To coś może oznaczać tylko jedno: na ziemię zstąpił jej Stwórca.

Peter Paul Rubens – Pokłon Trzech Króli (fragm.)

Rozum dyktuje człowiekowi, który to odkrył jedyną możliwą postawę: skoro przyszedł Bóg, przed Bogiem trzeba się ukorzyć. Oddać Mu hołd. Pogańscy myśliciele wędrują setki kilometrów, by dokonać aktu uniżenia swoich umysłów przed Bogiem – Prawdą, i ofiarować Mu cenne dary. Są mądrzy, czyli pokorni. Mądrzy tak dalece, że nie peszy ich Postać tego Boga, który zstąpił na ziemię, widzą bowiem maleńkie Dziecko leżące wśród całkowitej nędzy. Uznają w Nim jednak prawdziwego Króla, który przybył na ziemię, „którego panowanie ogarnia nie tylko wszystkie narody, ale i cały wszechświat”. 
Klękają przed Nim, zdejmują z głów swe korony na znak, że wobec Niego są nikim i uderzają w ziemię czołem. Mędrcy – Królowie symbolizują ludzkość, która używając rozumu rozpoznaje swojego Boga. Wymowa tych gestów nie powinna być przez katolików zapomniana i rozmieniona na drobne emocje. Zapowiadają one, że na Imię Jezusa zegnie się każde kolano.
Ewa Polak-Pałkiewicz
----------------------------------------------

Całość tutaj


wtorek, 2 stycznia 2018

ZAGUBIENI

W różny sposób człowiek może czuć się zagubiony w tym naszym pogmatwanym świecie. Na różny sposób może też wzywać pomocy.
Chciałbym tu przedstawić dwa utwory, w których rozbrzmiewa wołanie o pomoc: wiersz i piosenkę.
Wiersz został opublikowany w 1947 r. i pewnie nie stracił na aktualności. Wydaje się, że wołanie, które się tam rozlega, skierowane jest w pustkę...
Piosenka - dużo późniejsza - jest wołaniem już bardziej ukierunkowanym...

--------------------------------------------------

Tadeusz Różewicz
Ocalony

Mam dwadzieścia cztery lata
ocalałem
prowadzony na rzeź.

To są nazwy puste i jednoznaczne:
człowiek i zwierzę
miłość i nienawiść
wróg i przyjaciel
ciemność i światło.

Człowieka tak się zabija jak zwierzę
widziałem:
furgony porąbanych ludzi
którzy nie zostaną zbawieni.

Pojęcia są tylko wyrazami:
cnota i występek
prawda i kłamstwo
piękno i brzydota
męstwo i tchórzostwo.

Jednako waży cnota i występek
widziałem:
człowieka który był jeden
występny i cnotliwy.

Szukam nauczyciela i mistrza
niech przywróci mi wzrok słuch i mowę
niech jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia
niech oddzieli światło od ciemności.

Mam dwadzieścia cztery lata
ocalałem
prowadzony na rzeź.

--------------------------------------------------


--------------------------------------------------

Odpowiedź:

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. /Ewangelia wg św. Mateusza, 11, 28-30/